12/29/2013

J vs. reszta świata

Jimmy bez problemu akceptuje wszystkie zwierzaki, które z nami mieszkają, jednak pewna mała istotka zawsze może liczyć na szczególne względy.

Kiedy przybyły do mnie dwie szczurzyce nie byłam pewna jak psy na nie zareagują, więc nie od razu pozwoliłam na to, by mogły się chociaż z nimi zapoznać. Okazało się jednak, że dziewczyny w ogóle się psów nie boją i całkowicie akceptują ich obecność - nie zwiewają przed nimi, ani też nie próbują ich straszyć czy gryźć, właściwie nie są nimi szczególnie zainteresowane. W związku z tym uznałam, że Jim, jako ten całkowicie nieszkodliwy, który nie ma tendencji do bronienia czegokolwiek przed kotami czy Boną, będzie mógł (oczywiście pod kontrolą) przebywać z maluchami, kiedy te swobodnie biegają. Szybko okazało się, że Twiggy praktycznie nie zwraca na niego uwagi, dlatego też nie spodziewałam się, że szczur może mieć z psem jakąś silniejszą więź.

Oczywiście czas pokazał, że owszem, może :) Kiedy przybyła do mnie mała Zi, była początkowo bardzo wystraszona. Po przyzwyczajeniu jej do mnie i Twiggy, gdy zaczęły się pierwsze dłuższe spacery po pokoju, wiedziałam już, że Jimmy nic jej nie zrobi i nie będzie się naprzykrzał, dlatego też nie wypraszałam go z pomieszczenia. Mała za to nieustannie do niego podbiegała, chowała się w jego sierści i z tej perspektywy obserwowała otoczenie. Teraz Zi jest już starsza (i niesamowicie szalona i towarzyska, choć nie zapowiadała się na taką), ale jej relacje z Jimmem w ogóle się nie zmieniły. Mała przeważnie kręci się w pobliżu bądź po prostu siedzi sobie przy nim, czasami zaczepia go, kiedy zbierze się jej na czułości. Nie jest przy tym szczególnie natrętna, dlatego nie ingeruję, jednak kiedy Jim wyraźnie nie ma ochoty na zabawę z Zizi, muszę ją "na siłę" od niego odciągać.





Pędzimy do Jimsa




 Pozdrawiamy,
B&A&J :)
Czytaj dalej...

12/21/2013

We wish you...

Pewnie przed świętami nie będę już niczego pisać, dlatego dodaję teraz kartkę od nas :)


Czytaj dalej...

12/10/2013

Oh My... Deer


Chociaż lata świetności jimowych szelek już dawno minęły, długo nie mogłam się zdecydować na kupno nowych. Chciałam sprawić mu jakieś ładne, które będą mi się podobały (czyli zwykle takie, jakich w sklepach zoologicznych nie uświadczysz...) i w taki sposób trafiłam na sklep Oh My Pet. Parokrotnie przymierzałam się do złożenia zamówienia, jednak konieczność zmierzenia psa trochę mnie zniechęcała, bo przecież jeśli podam złe wymiary, to jak potem przerobić tego typu szelki?
Mimo to uznałam, że warto zaryzykować. Wybór padł na szelki sportowe z siateczką, kolorystykę oraz taśmę miałam już upatrzoną - mierzyłam J parę razy z każdej strony, dobrałam do kompletu smycz, zamówiłam i są. Super są :) Fantastycznie wyglądają na psie, pasują praktycznie idealnie, są dopracowane w każdym calu - w zasadzie kompletnie nie mam do czego się przyczepić. W poprzednich szelkach z Mac Leather, choć bardzo wytrzymałych, nieustannie puszczała regulacja, dlatego zawsze wisiały na psie. Nowe nie dość, że nawet w połączeniu z linką w ogóle się nie przemieszczają, to jeszcze zakłada się je bardzo łatwo i szybko. Mam nadzieję, że długo nam posłużą.

My jesteśmy zadowoleni, Oh My Pet mogę polecić każdemu - produkty są zdecydowanie warte swojej ceny!




Pozdrawiamy,
B & A & J
Czytaj dalej...

10/28/2013

Stay strong

Wydaje mi się, że wakacje dopiero się skończyły, a tymczasem jest już prawie listopad i mamy jesień! Kiedy to zleciało? Jeszcze rok temu cieszyłabym się, że czas upływa tak szybko, tymczasem widmo matury sprawia, że wcale mi się do wakacji nie spieszy...
Zwykle mam tak dużo do zrobienia, że o jakichkolwiek długich spacerach nie ma mowy, a kiedy przydarzy się luźniejszy dzień w szkole, po zajęciach nie mam na nic siły, chociaż jesień i jesienne spacery wprost uwielbiam...

To nie znaczy jednak, że odłożyłam wszelkie sprawy związane z psami na bok, wręcz przeciwnie! Od ostatniego tygodnia wakacji nie wychodzę na spacer bez dużej ilości smakołyków i ambitnych postanowień. Widzę, że Jim się stara i próbuje skupiać nawet w miejscach, w których bardzo trudno mu się wyciszyć i skoncentrować. Wałkujemy bezwarunkowe przywołanie, panowanie nad sobą w obecności psów (i w ogóle pracujemy nad stosunkiem wobec czworonogów), a nawet chodzenie przy nodze z zachowaniem kontaktu wzrokowego (tak, mój pies z misją kontrolowania otoczenia, potrafi iść obok, wpatrzony we mnie przez paręnaście minut! :D), przynoszenie piłeczki, zakończone często radosnym skokiem na moją osobę, przestało być już tak problematyczne, jak kiedyś :) Oczywiście nie stał się nagle aniołkiem, wcale nie brakuje mu głupich pomysłów, ale od kiedy pracuje i zaskakuje mnie swoim opanowaniem i zapałem, spacery stały się dużo przyjemniejsze, a ja nareszcie czuję, że mogę od niego czegoś wymagać, bez względu na to, gdzie się znajdujemy. Mam nadzieję, że tym razem w końcu obraliśmy właściwy kierunek.

Pozdrawiamy,
B & A & J
 

Czytaj dalej...

8/25/2013

Nowy wygląd





Długo przymierzałam się do zmiany szaty graficznej bloga i w końcu tego dokonałam :D Kto by pomyślał, że wybór dobrze komponującego się z nagłówkiem tła i odpowiednich kolorów może zająć aż dwa dni... Mam nadzieję, że wszystko wygląda jak należy i nie muszę nanosić już żadnych poprawek, ponieważ moja cierpliwość została wyczerpana :P Zaktualizowałam także podstrony psów - pojawiły się tam inne fotografie, z czego ta bonkowa jest jedną z moich ulubionych fotek suczy.


Pozdrawiamy,
B & A & J
Czytaj dalej...

8/17/2013

Wakacje


Tegoroczne wakacje upływają nam nieco monotonnie - przede wszystkim odpoczywamy i unikamy upałów. Spacerujemy głównie w okolicy zbiorników wodnych, ponieważ psy zgodnie twierdzą, że bez pływania się nie obędzie. Nie miałam ambitnych planów na te dwa miesiące, jednak muszę przyznać, że trochę mało uwagi poświęciłam jimowym problemom i w rezultacie nie widać pozytywnych zmian w jego zachowaniu.


Jim jak to Jim - jednego dnia geniusz, drugiego nieprzewidywalny łobuz. "Jedziemy w jakieś fajne miejsce i to specjalnie dla mnie? Super! To znaczy, że mogę też przed oddaniem aportu przemykać obok i ochlapywać wszystko i wszystkich wodą i piaskiem, tak?!". "Ten pies strasznie mi przeszkadza, w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, może jeśli będę szczekał jak szalony, to na mnie spojrzy?"...
Na szczęście miewał też bardzo dobre dni i chyba nawet było ich więcej. Czasami pozytywnie mnie zaskakiwał i był grzeczniutkim pieskiem w momentach, w których spodziewałam się najgorszego.












Jimowy nauczył się także nowej sztuczki - tzw. "noska" - którą uwielbia do tego stopnia, że z łapą na nosie potrafi siedzieć przez dłuższą chwilę, choć wcale go o to nie proszę :D








Niestety wszystko co dobre szybko się kończy... życzę wszystkim, by te ostatnie chwile wolności od szkoły wykorzystane zostały jak najlepiej :)


Pozdrawiamy,
B & A & J
Czytaj dalej...

7/19/2013

Sposób na aport

Teoretycznie Jim doskonale rozumie znaczenie polecenia "przynieś" - w praktyce wygląda to jednak tak, że niektóre zabawki donoszone są natychmiast, inne z pewnym opóźnieniem, a pozostałe z wieeelkim trudem. Do tej pierwszej grupy należą dyski, do pozostałych - w zależności od okoliczności - piłki. Od zawsze walczę o to, by piłki, które Jim uwielbia, trafiały do mnie równie szybko, co talerze, i dopiero niedawno znalazłam - a przynajmniej tak mi się wydawało - sposób na rozwiązanie tego problemu. Kupiłam dwie identyczne zabawki i stosowaliśmy wymianę z szarpaniem. Wówczas aport nieco się poprawił, ale wciąż nie był w pełni zadowalający. Dzisiejszy dzień uświadomił mi, że "nie tędy droga" - owszem, powoli zanika problem obiegania mnie, ale mam wrażenie, że często to przynoszenie jest takie wymuszone - gdybym szczególnie go do tego nie zachęcała, to byłoby "byle jakie".
Dlatego też spróbowałam czegoś innego - bawiliśmy się dzisiaj piłkami w taki sposób, w jaki bawimy się dyskami. Strzał w dziesiątkę :D Nie było ociągania się, bo trzeba było szybko "przestawić się" z jednej piłki na drugą. Myślę, że sukces tej metody - w naszym przypadku - polega na tym, że J nie ma czasu na kombinowanie, a jednocześnie wyrabia sobie nawyk szybkiego przynoszenia piłki. Muszę przyznać, że przyjemnie jest po prostu rzucać, nie przejmując się tym, że pies może mnie wyminąć czy obiec, zanim odda zabawkę :) Sam Jim był chyba zdezorientowany faktem, że tym razem po każdym przyniesieniu nie czekają go owacje za to, że jest takim fantastycznym aporterem, tylko ma okazję pogonić drugą piłkę. Co prawda wciąż jest to praca na dwie zabawki, ale skoro w przypadku frisbee udało nam się z czasem przestawić na jeden dysk, to chyba warto spróbować.

Poza tym  nie jestem pewna, czy wybór padnie na "frisbową" konkurencję, jeśli kiedykolwiek zdecydujemy się na udział w zawodach... ;)



Pozdrawiamy i życzymy udanych wakacji :)
Czytaj dalej...

6/01/2013

Mały sukces

Pewne postępy frisbowe już poczyniliśmy, zad nie ciąży już tak bardzo, ale tym, z czego się cieszę najbardziej, są... chest vaulty! W końcu zaczynają wychodzić! A wystarczyło tylko odchylić się i unieść wyżej rękę... Mój frisbogeniusz (chociaż w tej dziedzinie jest moim prywatnym mistrzem ;) może teraz porządnie się odbić, a ja mam nadzieję, że niebawem doprowadzimy vaulty do perfekcji.

Czytaj dalej...

5/13/2013

Szczęśliwy posiadacz szczęśliwego przyjaciela

Ostrzegam, że dzisiaj będzie długo i (chyba) nieciekawie na temat moich osobistych piesków - po prostu czułam potrzebę wypowiedzenia się, także przepraszam wszystkich, którzy myśleli, że poruszę interesujący temat ;)

Od kiedy zainteresowałam się kynologią tak "na poważnie", dowiedziałam się czym jest rodowód oraz zafascynowałam psimi sportami, moje podejście do zajmowania się psem nieco się zmieniło. Wydawało mi się, że nowa wiedza sprawiła, że zmądrzałam, a jednak... niekoniecznie.
Bona, która pojawiła się w moim życiu kiedy miałam siedem lat, jest zwierzakiem "nietypowym" - od zawsze więcej uwagi poświęcała ludziom, niż pobratymcom (np. w pierwszej kolejności wita się zwykle z właścicielem, dopiero potem z jego czworonogiem). Kiedy ktoś nas odwiedza, raczej nie opuszcza pomieszczenia, w którym przebywa gość, a nasi znajomi często proponują, byśmy zabierali ją ze sobą na wszelkie spotkania. Nigdy nie interesowała się zabawkami i do dnia dzisiejszego nie uległo to zmianie - nakłonienie jej do przyniesienia piłki nie jest chyba możliwe, jeśli złapie coś do pyska, to tylko w stanie "totalnej głupawki", bądź wtedy, kiedy na spacerze poświęcam zbyt dużo czasu Jimowi - ot, chce zwrócić na siebie uwagę. Praktycznie niczego się nie boi i mało co robi na niej wrażenie, jest bardzo pewna siebie i niezależna. Trudno ulec urokowi jej błękitnych oczu, a kiedy dodatkowo przekręca głowę i pociesznie merda ogonem... wszystko leci z rąk ;) Wiele osób twierdzi, że ona tylko "mówić nie potrafi", a poza tym niczego jej nie brakuje - jest psem idealnym. Ja powiem tylko, że to typowy Husky i jeśli akceptuje się wszystkie wady i zalety tej rasy, to Bona może być uznawana za psi ideał. Moim zdaniem jest po prostu przepięknym i kochanym stworzeniem o stabilnej psychice, cudownym towarzyszem, który nie sprawia większych problemów (choć swoje za uszami ma). Stanowiła powód do dumy, kiedy wygrywała szkolne pokazy zwierząt domowych, organizowane w mojej podstawówce (to były czasy!), wykonywała sztuczki czy po prostu przychodziła na zawołanie, bo przecież "tej rasy się luzem nie puszcza". Rodzice nigdy nie zdecydowali się na wystawianie Bony, a ja sama przez dłuższy czas nie miałam nawet pojęcia, że mam takiego "prawdziwego" Husky'ego, gdyż nie interesowało mnie pochodzenie suczy. Kiedy znalazłam pierwsze zdjęcia jej rodzeństwa, a nawet zetknęłam się na forum z córką jej siostry, uznałam, że udokumentowane pochodzenie to coś naprawdę "super" ;)
Przez długi czas była dla mnie "zwyczajnym" psem, nie zwracałam szczególnie uwagi na to, że rasy zdecydowanie się od siebie różnią. Mając około jedenaście lat, natknęłam się na bordery pokonujące przeszkody i pomyślałam, że to jest to - ja też tak chcę! Sucz czasami pokonała przeszkodę, którą stworzyłam, ale częściej po prostu odwracała się i miała moje smakołyki w głębokim poważaniu :P Jednak wszystko, co robiłyśmy wspólnie, cieszyło - nie było wielkich wymagań, nie było presji, nie było stresu, spacery sprawiały ogromną przyjemność i były świetnym sposobem na spędzanie wolnego czasu. Bona nie była aniołkiem, a mimo to porażki nie miały znaczenia. Wszystko było zabawą - wyprawy rowerowe, nauka sztuczek, wypady do lasu, wspólnie spędzone wakacje. Sucz była przyjacielem, którego bezproblemowości długo nie doceniałam.
Kiedy dostrzegłam wyjątkowość borderów, bezgranicznie się w nich zakochałam (to było "coś innego" niż mój Husky) i trwam w tej miłości do dziś, czyli już jakieś siedem lat. Moja obsesja była kiedyś wręcz niezdrowa, ale na chwilę obecną wiem, że nie każdego bordera chętnie przyjęłabym pod swój dach, acz zrozumienie czegoś tak oczywistego zajęło mi trochę czasu ;)



W chwili adopcji Jimmy'ego byłam na tyle świadoma charakteru BC, że zdecydowałam się nie brać takowego jako pierwszego "własnego" psa, obawiając się, że nie będę w stanie zaspokoić wszystkich jego potrzeb. Bardzo chciałam jednak mieć swojego zwierzaka (Bona zawsze była raczej psem mamy, jej "trzecią córeczką" ;) i to takiego, który chce pracować właśnie ze mną i nie porzuci mnie dlatego, że w pokoju pojawił się któryś z domowników. Liczyłam na to, że z kundelkiem będzie łatwiej, chociaż nie zakładałam, że wychowanie go nie sprawi żadnych problemów. Jednak teraz nie jestem pewna, czy jakikolwiek BC zgotowałby mi to, przez co przechodziłam z moim uroczym stworzonkiem.
Do mniej więcej roku był dokładnie taki, jaki powinien być - cichy, usłuchany, niekonfliktowy i zwracający na mnie uwagę. Wiódł bezstresowy żywot psiego dziecka. Owszem, ciągnął na smyczy, nie zawsze chciał pracować, czasami zwiewał do psów, ale generalnie nic nie uprzykrzało nam życia i wiedziałam, że mogę zabrać go wszędzie, a czas spędzony razem będzie po prostu przyjemnością. Ale potem się zaczęło... poszczekiwanie na psy, na obcych, gonienie rowerów, lękliwość, przez którą tracił kontakt z rzeczywistością... Nie jestem w stanie określić ile razy przez niego płakałam. Pies z tak niestabilną psychiką - jednego dnia ideał, całkowicie ignorujący środowisko i zapatrzony we mnie jak w obrazek, drugiego chodzące nieszczęście, wrogo nastawione do świata i przerażone widokiem tego, co zauważyło na niebie (chmur...?), jest ogromnym wyzwaniem, na które chyba nie byłam tak do końca gotowa. Wszyscy powtarzali, że on ma taki charakter i taki będzie - ja bardzo chciałam mu pomóc i upierałam się, że wszystko można wypracować, marzyłam, że jednak się zmieni. Próbowałam różnych metod, przeczytałam setki artykułów, wprowadzałam w życie zalecane porady - niewiele zdziałałam. Od porzucenia wszelkiej nadziei powstrzymywał mnie tylko sam Jim - prawdziwie MÓJ pies, który nigdy ze mnie nie rezygnował, zawsze wybierał mnie i chciał pracować, bawić się czy przebywać właśnie ze mną. Niejednokrotnie po prostu go nie znosiłam, momentami miałam ochotę odciąć się od niego i wszystkiego, co z nim związane. Przy nim każdy inny czworonóg wydawał się być aniołkiem. Zapomniałam czym jest radość z obcowania z psem, bo niemal każdy spacer stanowił niemałe wyzwanie. Denerwowałam się, bo były starcia z psami, wyskoki w kierunku ludzi, których J się bał, czy w kierunku rowerzystów lub biegaczy, były także zawieszki, bo chmura była dziwna lub auto mijające nas wydawało zbyt głośne dźwięki. Czasami im bardziej się starałam i im lepsze miałam o nim mniemanie, tym gorzej się zachowywał. Z jednej strony nie był moim przyjacielem, a z drugiej... chyba nie mogłabym bez niego żyć. Wiedziałam, że bez niego nic nie będzie takie samo. Bo on zawsze był obok, bez względu na wszystko.

Być może to ja widziałam w nim same wady, a dla kogoś innego byłby całkiem w porządku psem - nie wiem. Nie wiem też, czy Jimmy jest teraz innym zwierzakiem - wiem tylko, że w pewnym momencie zmieniłam swoje podejście.
Od jakiegoś czasu podchodzę do kwestii zachowania J mniej emocjonalnie. Wybaczam wybryki (których jest podejrzanie mniej, chociaż ostatnio pięknie pokazał, żebym sobie nie myślała, że jest taki fajny ;), nie załamują mnie one już tak bardzo, jak kiedyś. Przyzwyczaiłam się, teraz jest mniej nerwów i mniej czarnych myśli. Nie wiem, czy kiedyś będzie idealnie, przestałam już wierzyć w jakąś fenomenalną zmianę, po prostu cieszymy się tym, co wychodzi dobrze. Taka postawa przynosi więcej radości z bezproblemowego spaceru, nawet jeśli podczas niego nic tak naprawdę nam nie wyszło. Dzięki niej zrozumiałam na przykład, że muszę zmienić podejście do problemu z aportowaniem wszystkiego, co nie jest dyskiem (bo te, o dziwo, donoszone są natychmiastowo). Zawsze niesamowicie drażniło mnie, że zwrócenie zabawki od razu jest dla niego tak dużym problemem - teraz bardzo cieszę się, że w ogóle do mnie trafia. Nie oznacza to, że nie walczę z tego typu sytuacjami, o nie! Zwyczajnie nie denerwuję się już tak bardzo, bo to niczego nie zmienia. Teraz traktuję go po prostu jak psa, którego zachowanie nie wynika przecież ze złośliwości czy chęci robienia na przekór, który nie zrozumie moich skarg i zażaleń, nie przemyśli dogłębnie swojego postępowania, nie wybierze "sam z siebie" lepszej opcji, bo tak postąpiłby człowiek, gdyby był na jego miejscu. Co najciekawsze - ja przecież wiedziałam o tym od zawsze! Tylko dlaczego zapominałam i zapominam o tym w momentach, w których miałam bądź mam do czynienia z konkretną sytuacją?
Nie chodzi o to, że kiedykolwiek chciałam za wszelką cenę uczynić z mojego psa mistrza wszystkiego, chciałam po prostu, by był normalny, taki jak inne czworonogi. By potrafił bawić się bez strachu na zewnątrz z takim zapałem, z jakim bawi się w domu. Nigdy nie narzekam na niego dlatego, że źle nam się pracuje, bo nie ma motywacji, czy nie jest w stanie sprostać moim wymaganiom - przeciwnie, boli to, że jest świetnym psem, ale jego lękliwość, z której często wynika agresja, blokuje go na wielu polach. Mam nadzieję, że w końcu wyciągnęłam jakąś lekcję z naszych doświadczeń i kiedyś - mimo wszystko - wyjdziemy na prostą, a każdy spacer będzie cieszył zarówno mnie, jak i jego. Radości z małych sukcesów czasami trzeba się nauczyć. 

Szczerze podziwiam każdego, kto wszystko przeczytał :D



Pozdrawiamy,
B & A & J
Czytaj dalej...

5/05/2013

Majówka

Nie należała do atrakcyjnych pod względem pogody, ale przed nami jeszcze tydzień wolności, który zapowiada się raczej słonecznie :) Ludzie przypomnieli sobie, że kiedyś tam zdecydowali się na psa i teraz trudno o wolny skrawek zieleni, ale na naszej polance zawsze znajdzie się trochę miejsca, by poćwiczyć w spokoju. Nie mam nic więcej do dodania, dlatego wstawię fotki z dzisiejszego spaceru :)




























Pozdrawiamy,
B & A & J
Czytaj dalej...