1/28/2018

#Z życia wzięte 02 | Za moich czasów...

Ostatnio blog często przechodzi liczne transformacje, bo nie mogę się zdecydować na jeden szablon. Przy okazji porządkowania elementów natknęłam się na blogi znajomych, które nie są aktualizowane już od lat. Na fali sentymentalizmu przejrzałam mnóstwo starych stronek i postanowiłam zrekonstruować moją "drogę" jako blogera. Jeśli ktoś również może pochwalić się ponad dziesięcioletnim stażem, to może odnajdzie tu także swoje początki ;)

Kwiecień 2013
Zaczynałam od portalu BLOG.ONET.PL, ale nie pamiętam, co na tej platformie wyczyniałam. Na pewno była wtedy ze mną tylko Bona i miała przypuszczalnie... 4 lata? Został mi w pamięci jedynie niebieski szablon przeładowany grafiką, nie wiem nawet, czy ostatecznie powstały w tym miejscu chociaż trzy wpisy. Jeśli kiedyś również cicho wzdychaliście nad profesjonalizmem Chartykas (istniejącym od 2005), to możemy przybić sobie wirtualną piątkę.

Natomiast miejscem, w które naprawdę włożyłam sporo serca, był blog na PIES.PL. Nie odwiedzałam portalu całe wieki i nie wiem, czy wciąż można prowadzić na niej blogi, ale lata temu mnóstwo psiarzy tworzyło tam swoje pamiętniki. Właśnie - pamiętniki! Jestem osobą, która głęboko tkwi w tradycji pisania notek z życia i chyba widać, że na jimmycanfly mało jest poradników, recenzji czy - co tu ukrywać - postów, w których przekazuję jakąś wiedzę. Na pies.pl wielu z nas po prostu wstawiało foteczki, pisało co tam słychać czy wrzucało króciutkie filmiki nagrane komórką. Ja posunęłam się trochę dalej i inspirując się dobrą znajomą, starałam się urozmaicić treść stronki - dodawałam na przykład wywiady z innymi blogerami. Dobrze wspominam ten nacisk na "profesjonalizm" w mocno nastoletnim wieku ;) 

Następnie nastąpiło przeniesienie na BLOX.PL, który zdradzałam z DOGOMANIĄ, kiedy zaadoptowałam Jimmy'ego. Blog na bloxie nie różnił się bardzo od tego, poza faktem, że miał nieduże grono stałych odbiorców. Wiedziałam czyich komentarzy mogę się spodziewać, gdyż w moim odczuciu społeczność psich blogerów (na bloxie oczywiście) nie była wówczas duża i w miarę się znaliśmy. Z wieloma ludźmi miałam też kontakt 'pozablogowy' - na przykład dzięki Gadu-Gadu. Zawsze chętnie wpadałam wówczas na Gerucynologique, Psi blog, WenaBC czy Blog Uny.

Warto też zauważyć, że wtedy - moim zdaniem - królowały fora. Ja jestem jednak osobą z tendencjami raczej do rozpisywania się "raz na jakiś czas", niż systematycznego tworzenia krótkich form, dlatego moje odpisywanie, nawet we we własnych tematach, pozostawiało wiele do życzenia... Niemniej uwielbiam czytać fora (ulubionym było oczywiście forum border collie, które już praktycznie padło) i szkoda mi trochę, że większość dyskusji dzisiaj przenosi się na Facebooka.
W 2012 przeniosłam się na BLOGGERa i od tego momentu jestem już tutaj. I chyba zostanę. Mam za sobą krótką karierę na WORDPRESS, ale jakoś nie potrafiłam oswoić się z interfejsem i ówczesnymi ograniczeniami w kwestii tworzenia szablonu. Blogger całkiem mi odpowiada, poza tym szkoda byłoby przekreślać te 6 ostatnich lat, odcinać się od starych wpisów. Jeśli chodzi o stronki, które są aktywne i czytam je od lat, bądź utkwiły mi w pamięci, a już nie działają, będą to na pewno Psi kawałek internetu, Boorki bloog, Bordercoach, Jimmy&Flai's Blog, ArkaBC czy Kjuu.

Lato 2017
Pamiętacie swoje debiuty? Może nawet kojarzycie mój i "znamy się" od dłuższego czasu? ;)
Czytaj dalej...

1/03/2018

Zaufanie

W relacjach opiekun-pies zaufanie jest bardzo ważnym terminem. Dużo mówi się o tym, by od szczenięcia utrwalać w psie przekonanie, że jest przy nas bezpieczny i powinien polegać na nas w trudnych sytuacjach, a nie działać samodzielnie (nad czym często pracuje się przy problemie agresji). Chciałabym jednak podejść do tematu z drugiej strony - nawet jeśli nasz pies nam ufa, to czy i my ufamy jemu? Ja, widząc posłusznego (słowo-klucz) czworonoga biegającego bez smyczy od razu zakładam, że opiekun jest pewien jego zachowania. Może pozwolić na swobodę, bo ufa, że pies nawet bez fizycznego ograniczenia pozostaje pod kontrolą. Nieraz jednak okazało się, że bardzo się mylę.



Widzę, że wielu opiekunów popada ze skrajności w skrajność - ma albo 100% pewności co do zachowań zwierzęcia albo sprawuje 100-procentową kontrolę nad nim. Oba stanowiska są oczywiście utopijne i kontrowersyjne. Pierwsze jest mi całkowicie obce. Nie wierzę tym, którzy mają pewność, że przewidzą każde zachowanie swojego psa. Wiem, że są czworonogi z tak dobrym charakterem i tak dobrze wychowane, że można pozwolić im na ogromną swobodę. Niektóre wykazują tzw. "mądrość życiową" i nie potrzebują kogoś, kto będzie za nie myślał. Znam takie przypadki. Ale to wciąż nie maszyny, reagujące zawsze w identyczny sposób i wybierające automatycznie najbezpieczniejsze opcje. Absolutnie nie twierdzę jednocześnie, że zwierzę to niebezpieczna bestia i skoro nie mamy nad nim 100% kontroli, to należy przez całe życie trzymać je na smyczy i izolować od społeczeństwa. Tak być nie powinno. Nie ukrywajmy - postawa zerowego zaufania często wybierana jest dlatego, że jest po prostu wygodniejsza. Pies, który nie ma szans na działanie samodzielnie, nie powinien przecież nikomu przeszkadzać - nie przejmujemy się zatem zwierzakiem na smyczy, a na smyczy i w kagańcu - to już w ogóle. Bestia ujarzmiona, problem rozwiązany.

Czy jednak zawsze ta "nadmierna" kontrola jest czymś złym? Czy przeszkadza przede wszystkim komuś, komu kazano odejść, kiedy chciał puścić swojego radosnego pieska do psa trenującego? Widząc, że właściciel raczej stroni od towarzystwa, zapina pupila na widok drugiego czy wyprowadza go notorycznie w kagańcu, dostaję sygnał, że ten człowiek jest przede wszystkim świadomy i odpowiedzialny. Sama będąc opiekunem psa nieprzewidywalnego w wielu momentach, staram się zwyczajnie dobrze go pilnować. Ale to nie znaczy, że chcę popadać w skrajność. Pies jest puszczany bez smyczy, spotyka się też z innymi zwierzakami i ludźmi, nie jest izolowany od sytuacji stresujących i zdarza się, że pozwalam mu samemu decydować i robić to, co uważa za słuszne (tak długo, jak nie zagraża innym i sobie). Podejmuję ryzyko na własną odpowiedzialność. Nie powiem jednak, że jest mi z tym łatwo - to chyba największy dylemat osób, które mają towarzysza z problemami i różnego rodzaju doświadczenia. Nie zakładamy po prostu, że "może tym razem będzie dobrze". Czasami to zwyczajna panika i niechęć do mierzenia się z problemami, zgadzam się. W niektórych sytuacjach wzmożona czujność jest jednak uzasadniona i wszelkie rady typu "Puść go, niech się przywita, co się złego może stać?", albo "To psy, dogadają się" są zwyczajnie nietrafione. Nie chcę demonizować, bo po samej sobie wiem, jak często "psuję" Jima swoimi obawami i niepewnością. Ale wiem również, że często to mój zdrowy rozsądek, a nie ufność drugiego człowieka, pozwolił zapobiec przykrej sytuacji. Wybieram zasadę ograniczonego zaufania, bo wiem, że pies to żywa istota i może zrobić coś, czego sama się po nie spodziewam (a co dopiero obca osoba), niezależne od tego, jak dużo wysiłku i czasu poświęciłam na trening i pracę nad jego zachowaniem.

Teraz pojawia się pytanie, czy nie ufam raczej otoczeniu, czy mojemu psu. W moim przypadku obie strony mogą zawieść. Nie wszystko można kontrolować, ale jestem zdania, że nie można udawać, że coś nie ma miejsca. Jeśli wiemy, że nasz pies ma problem i nie chcemy nic z tym zrobić, to okej, nasza sprawa. Zastanówmy się jednak, czy mądrze jest wyprowadzać go bez smyczy wzdłuż ruchliwej ulicy, jeśli czasami, choć przecież nie zawsze zdarza mu się wyrwać za innym zwierzakiem, a on sam zazwyczaj, acz nie zawsze się odwołuje...


Czytaj dalej...