Przejdź do głównej zawartości

Podsumowanie

W jednym z wcześniejszych postów wspomniałam, że dzieciak skończył w październiku cztery lata, a ja mam zamiar napisać o tym wkrótce coś więcej. Napiszę więc dzisiaj. Będzie bardzo dużo zdjęć, bo trudno mi bez nich opisywać jego rozwój. Wyszukiwanie ich oraz obrabiane to około 5 godzin (jeśli nie więcej) wyjętych z życiorysu ;)

Na pierwszy ogień idą te dwa. Co tu dużo mówić - oczęta z fotografii po lewej powitały mnie w jednym z ogłoszeń, znajdujących się na borderowym forum. Podejrzewam, że jest to pierwsze zdjęcie mojego Jimma. Wygląda niewinnie, prawda? Też dałam się zwieść... ;) W dziale znajdowała się masa ogłoszeń, ale mnie zauroczyła właśnie ta mordka, to spojrzenie, ten kolorowy nos... Wybór padł właśnie na tę sierotkę, szukającą swojego człowieka. Natomiast fotografię po prawej wysłał nam właściciel. Można domyślić się, że są to rodzice J. - biała to mama, a czarny tata. O ile mamę teraz przypomina, to do taty nie jest za bardzo podobny - może nieco z wyrazu pyska. Oba pieski wydają się być jednak dosyć małych rozmiarów w porównaniu do Jamesa, co rodzi pewne podejrzenia, ale nie jest to dla mnie istotne - jak wiadomo, kundelek to zawsze jedna wielka niewiadoma.

Sierotka przyjechała do mnie w niedzielę, 8 lutego 2009, około godziny 17 i tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wzięłam go na ręce, wydał z siebie charakterystyczny pomruk - myślałam wówczas, że jest niezadowolony, natomiast takie buczenie zostało mu do dziś. "Stęka" za każdym razem kiedy się kładzie, wyciąga, jest podnoszony, przesuwany etc. Lubi też od czasu do czasu głęboko i przeciągle westchnąć. W ogóle jest dosyć głośnym zwierzakiem, nieustannie piszczy, szczeka, jęczy. Trudno było przyzwyczaić się do tak "wokalnego" psa, mając jednocześnie Bonę, która praktycznie nie wydaje żadnych dźwięków, poza wyciem, występującym i tak bardzo rzadko.


Jedno z pierwszych zdjęć w nowym domu. Pożegnanie z poprzednim właścicielem było krótkie - maluch początkowo rozglądał się za nim, ale dosyć szybko zapomniał. Nie był zaniedbany, chociaż apetyt mu dopisywał i wsuwał dosłownie wszystko. Dopiero po paru dniach zaczął jeść spokojnie i przestał spoglądać na pożywienie z takim pożądaniem. Jeśli chodzi o stosunek Bony do szczyla, to początkowo różowo nie było - obdarzona dominującym charakterem sucz nie chciała za bardzo dzielić się względami z innym zwierzakiem. Długo przyzwyczajała się do obecności drugiego psa w domu (chociaż przez znaczną część jej życia posiadaliśmy Tońcia, jednak był to starszy psiak i był z nami już w momencie, w którym do nas trafiła). Mimo iż teraz nikogo nie wprawiają w zdumienie ich dzikie gonitwy po mieszkaniu, to myślę, że stosunek, jaki miała do niego przez pierwsze miesiące pobytu u nas, znacząco wpłynął na jimowe podejście do psów.


Są dwa epitety, którymi mogę opisać małego Jima. Pierwszym z nich jest poważny. Póki nie poznałam Jamesa, nie miałam pojęcia, że szczeniak może być tak opanowany i spokojny. Znałam psie maluchy, które dorwały chusteczkę i szalały z nią przez dobre pół godziny, dostawały głupawek o określonej godzinie, po prostu robiły rzeczy zabawne - mój natomiast prezentował zachowania, które w ogóle nie pasowały mi do jego wieku. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek rozśmieszył mnie czymś do łez. Czasami rozbawił mnie zachowaniami takimi jak polowanie na miotłę (zostało mu do dziś) czy łapanie linki, która ciągnęła się za Boną, ale poza tym nigdy nie zrobił czegoś, co było po prostu typowo "szczenięce". Drugim epitetem będzie po prostu idealny. Jak inaczej mogę nazwać psa, który do dnia dzisiejszego niczego w domu nie zniszczył, szybko pojął naukę załatwiania się na zewnątrz, w pomieszczeniach był spokojny, łagodnie i bez agresji odnosił się do naszych kotek, nigdy w życiu nie "postawił się" domownikom i nie wyrażał swojego niezadowolenia, np. kiedy zabierano smakołyk czy zganiano z łóżka, grzecznie i bez protestów zostawał w domu, a dodatkowo nie szukał żadnych rozrywek, kiedy nie poświęcano mu czasu? Często żartuję sobie, że teraz to sobie odbija. Ale wówczas był po prostu ideałem. Wiele z tych cech pozostało mu do dziś, czasami chyba za bardzo na niego narzekam... Problem stanowił jedynie jego stosunek do psów - panicznie się ich bał. Po czterech latach spędzonych razem i obserwacji jego reakcji na inne czworonogi zaczynam podejrzewać, że to one mogły przyczynić się do braku ogona, bo ponoć w chwili narodzin ogon posiadał, a co się z nim stało - nie wiadomo...


Dzieciństwo upływało spokojnie, na wspólnych spacerach z Boniakiem, poznawaniu świata. Nie ukrywam, że miałam duże ambicje dotyczące Frisbee, a Jim, który od początku zainteresowany był zabawkami, dodatkowo je podsycał. Jednak nie mogę zarzucić sobie, żebym wówczas wymagała od niego zbyt dużo. Dosyć wcześnie zaczęliśmy bawić się gumowymi talerzykami, po prostu ganiał za rollerami, jak za każdą inną zabawką. Kiedy pierwszy plastikowy nie przypadł mu do gustu, dałam mu spokój uznając, że nie ma sensu robić tego na siłę. Nie była to łatwa decyzja, myślałam wówczas, że nigdy nie przekona się do zwykłych dysków i nigdy nie zajmiemy się frisbowaniem - głupie założenie, ale mając przez długie lata psa, który nie interesuje się ani trochę zabawkami i aportowaniem, byłam troszkę zawiedziona, że trafił mi się drugi taki egzemplarz. Jim jednak z wiekiem po prostu przekonał się do innego rodzaju dysków i teraz łapanie deklów to jego ulubiony rodzaj aktywności. Jak widać na powyższych zdjęciach, niewielką część toru agility miał okazję poznać jako mały szczylek. Pamiętam, że psy i otoczenie były dla niego ciekawsze, średnio go to bawiło. Nie szkodzi, mnie też ;) Te miesiące jego życia były jednak przede wszystkim czasem, w którym starałam się walczyć z naszym największym problemem - lękliwością.


Kiedy potrzebowaliśmy psiego towarzysza, który zmieniłby jimowe spojrzenie na psy (Bona bowiem wolała zajmowanie się na spacerach swoimi sprawami od zabawiania dzieciaka), z nieba spadł nam Łowca, wilczak, będący praktycznie w tym samym wieku, co biały. Początkowo niepewny i nieufny stosunek zmienił się z czasem w ogromną przyjaźń. Jim mógł bawić się z Łowcą do upadłego, chętnie się z nim ścigał, chętnie go podgryzał, chętnie pozwalał się podgryzać. Chłopcy super się dogadywali i nie dochodziło między nimi do spięć. Pomyślałam wówczas, że kryzys zażegnany, szczeniak zaczął na luzie podchodzić także do innych psów. Spotykaliśmy się potem z Keksem, którego miłość dużo starszy już James znosił dosyć pokornie, tylko czasami pokazując, że jamnik na zbyt dużo sobie pozwala, czy z dominantem Riko, któremu się całkowicie podporządkował.

Pierwsze poważniejsze kontakty z plastikowymi dyskami oraz z wodą (autorką drugiego zdjęcia jest A. Zmysłowska)

Chłopak powoli przekonywał się do plastikowych dysków (po paromiesięcznej przerwie wyciągnęłam je, by zobaczyć, czy faktycznie należy spisywać nasze frisbowanie na straty), chciał się nimi szarpać i zaczynał je przynosić. Rzucaliśmy bardzo rzadko rollerki, żeby z niczym nie przesadzić. Na zdjęciu po prawej uwiecznione zostały pierwsze próby pływania. Jim od zawsze uwielbiał wodę (jeszcze jedna zabawna sytuacja z życia mojego szczeniaka - ładowanie głowy do jeziora, puszczanie bąbelków i wyławianie wszystkiego, co znajdywało się na dnie), ale nigdy nie wchodził na tyle głęboko, by stracić grunt pod łapami. Pierwszy raz "zapomniał się", kiedy byliśmy w Rudzie Śląskiej i goldenka Kiara po prostu popłynęła przed siebie. James bezmyślnie ruszył za nią, ale po chwili zaczął specyficznie machać łapami i zawrócił w kierunku brzegu. Dłuuugo potem nie popełnił takiego "błędu" i pływać zaczął dopiero kiedy miał około roku.

Autorką pierwszego, drugiego, siódmego i dziewiątego zdjęcia jest A. Zmysłowska

Chyba najgorsze miesiące z życia mojego psa... Pierwszy sylwester (ogólnie drugi) wyłączył psa na dobre parę miesięcy, każdy głośny dźwięk wywoływał panikę, trudno było się z nim dogadać. Był strasznie roztrzepany, nerwowy, płochliwy. Na wszystko reagował zbyt gwałtownie, za bardzo interesował się otoczeniem - nadszedł tzw. okres buntu, kiedy pozostawał w konflikcie ze mną i światem. Zawsze był i pewnie będzie specyficznym psem, nawet teraz nie wszystko ma w główce poukładane, ale do dwóch lat (czy może nawet dłużej) żyło się z nim "nie zawsze przyjemnie". To raczej okres walki między nami, próby zrozumienia siebie nawzajem - mieliśmy odmienne spojrzenia na wiele spraw. Starałam się ze wszystkich sił pokazywać mojemu przerażonemu światem buntownikowi, że nie wszystkiego należy się bać, że może mi ufać, a środowiska nie jest w stanie kontrolować (J jest strasznie wrażliwy na wszelkie sprzeczki psie i ludzkie). W tym czasie całkowicie wkręciliśmy się w DogFrisbee, pies prezentował bardzo duże możliwości w tym kierunku, "od tak" zaczął ładnie skakać, przynosić, oddawać, pojął technikę wykonywania flipów, overów, nawet powoli zaczynaliśmy wykonywać vaulty. Mimo, iż wcześniej kontakty z psami były już w porządku, teraz zaczął trochę poszczekiwać na obce mu zwierzaki, a później po prostu się z nimi nie dogadywać i odnosić się do nich negatywnie, co do dnia dzisiejszego nie uległo zmianie. Wiem, że popełniłam gdzieś błąd i dlatego jest tak, a nie inaczej, ale czasu już nie cofnę i jedyne, co mogę zrobić, to pracować nad tym problemem i próbować go trochę odkręcić.

Autorką ósmego zdjęcia jest A.Zmysłowska

Jak jest teraz? Może według kogoś, kto nie ma z nim do czynienia przez niemal 24 godziny na dobę, Jimmy nie uległ żadnej metamorfozie. Ja jednak odnoszę wrażenie, że jest bardziej opanowany, mniej porywczy i przede wszystkim bardziej skupionym na mnie. Może tak naprawdę on sam nie zmienił się jakoś szczególnie, ale ja mam inne, mniej emocjonalne podejście? W każdym razie, teraz jest trochę lepiej niż było, chociaż na pewno nie bardzo dobrze. Życie stawia przed nami, jak przed każdym, nowe wyzwania, niosące kolejne doświadczenia, z którymi musimy sobie radzić. Jim nauczył (i wciąż przecież uczy) mnie bardzo wiele, jak zresztą bywa w przypadku pierwszego "własnego" psa i wiem, że gdyby nie on, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Dzięki niemu jestem bogatsza o masę doświadczeń, zarówno przyjemnych, jak i tych nie do końca "sympatycznych", a jednak z każdego z nich płynie jakaś nauka na przyszłość. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się lepiej zgrać i będę mogła zapomnieć o problemach, z jakimi teraz się borykamy.

Gratuluję każdemu, kto dotrwał do końca!
B&A&J

Komentarze

  1. Każdy ma jakiś problem ze swoim psem.Nie ma psa ,który potrafi wszystko.
    Wspaniały post.Gdy go czytałam czułam jakbym po części czytała o moim łaciatym.Nigdy nie wszystko było idealnie.Ale trzeba nad tym pracować. Napiszę jeszcze raz WSPANIAŁY POST!! Świetnie opisałaś każdy moment,każdą porażkę i zwycięstwo,a dopasowane do tego ilustracje to wszystko było wspaniale ułożone w całość i pozwoliło mi odczuć i zobaczyć momenty w których byłaś ty.
    Masz świetną wenę.
    Życzymy powodzenia w dalszej pracy i wielu sukcesów.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam dzień, kiedy napisałam do Ciebie na gg, a następnie dostałam od Ciebie odpowiedź, że nie możesz rozmawiać, bo właśnie bawisz się z borderowym Jimmym, swoim nowym psem. Pamiętam również moje zdziwienie, bo nie planowałaś kundelka. Młody jednak był tak uroczy, że nie dziwiłam się podjętej przez Ciebie decyzji. Pamiętam, jak Ji zaczynał frizbować i jaką wam wróżyłam świetlaną przyszłość. Wtedy nagle zaczęły się pojawiać i mnożyć problemy. Nawet nie zauważyłam, jak szybko doszło to do stadium masakrycznego. Wiem, jak dużo serca wkładasz w tego psa i cieszę się z każdego waszego, nawet najmniejszego, sukcesu. :)
    No i pomimo tego, że jest jak jest, Jimmy zawsze pozostanie moim ulubieńcem wśród psów (tuż po Fudzim, oczywiście :D).

    OdpowiedzUsuń
  3. Uparcie twierdzić będę, że najlepiej więź psa i człowieka będzie rozwijać się gdy oboje mają do pokonania poważny problem.
    Po przeczytaniu odkryłam pewne podobieństwa miedzy Lakim, a twoim Jimmy'm. Laki także był szczeniakiem idealnym, wręcz nieszczenięcym. Ma także niekiedy problemy z lękiem (chociaż obecnie na to nie narzekam, bo wiele się zmieniło).
    Cudownie opisałaś cztery lata z Jim'em. Widać jak bardzo kochasz tego psiaka :)
    Życzę wam wielu wspólnych sukcesów ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetna notka. Wszystko tak dobrze opisałaś. Wszystkie wasze sukcesy, porażki, wzloty i upadki. Świetne zdjęcia, szczególnie te na ostatnim "kolażu" :).
    Wspaniale, że mimo tylu problemów nigdy się nie poddałaś i za każdym razem wszystko próbowałaś naprawić. Nie ważne czy to był lęk przed psami czy niechęć do standardowych dysków.
    Jimmy jest piękny, na początku jak trafiłam na twój blog myślałam, że jest borderem, tylko takim trochę dziwnym. Nie wiedziałam że jest po prostu kundelkiem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Piękny, wzruszający, dający do myślenia post. Przyjemnie i z zaciekawieniem się czytało - masz przecudownego psa. :)
    Piękne zdjęcia, jakim aparatem je robisz? :)
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz