Przejdź do głównej zawartości

Nowy członek rodziny

Życie bywa przewrotne. Całkiem niedawno zapisywałam wersję roboczą postu dotyczącego adopcji i wszelkich wątpliwości, jakie wobec niej żywię. Pozwolę sobie na mały spoiler i przytoczę jeden fragment:

"Uważam, że adopcja jest fantastyczną sprawą i gdybym sama nie miała preferencji co do rasy kolejnego psa, bądź upatrzonej hodowli, bardzo możliwe, że na taką opcję bym się zdecydowała."

Byłam pewna, że w najbliższej przyszłości nie będę "brać w ciemno" - chcę tym razem wszystko zaplanować, grzecznie czekać na szczenię i z niczym się nie spieszyć. Nie będę ukrywać, że psychika Jima przysparza dużo problemów na co dzień, a ja nie chciałam znowu przygarniać zwierzęcia, które być może trzeba będzie wyprowadzać na prostą - życie z psem nie jest jedynie usłane różami, szczególnie, jeśli jest niestabilny lub ma kiepską przeszłość. Nie powiem, żeby gdzieś w głowie nie pojawiła się jednak myśl, że nowy członek rodziny to tylko kwestia czasu - w moim domu zawsze były dwa psy, wiem też, jak mamie brakuje kolejnego uśmiechniętego pyska. Dodam, że ma ona "wyjątkowe zdolności" w znajdywaniu potrzebujących pomocy istot. Osobiście - jak wyjaśniłam pokrótce wyżej - nie chciałam decydować się na kolejnego psa, przynajmniej nie tak szybko. Mama natomiast była pewna, że chciałaby przygarnąć jakąś sierotkę.

Przewrotny los sprawił, że w zeszłą niedzielę zawitało u nas mamine sobotnie znalezisko, błąkające się (według relacji mieszkańców) w innej dzielnicy naszego miasta od lutego tego roku. Okazało się, że ma chip i właścicielkę, ale to nie rozwiązało sprawy - nie wdając się w szczegóły, już tego samego dnia, gdy do nas trafił, staliśmy się prawowitymi opiekunami.


Psiak został nazwany Jack (teraz mamy JJ team). Pochodzi ze schroniska, gdzie jako datę urodzenia podano kwiecień 2014, jest więc młodym chłopakiem. Po adopcji spędził półtora roku w nowym domu, a kolejne pół eksplorował miasto. Poza chudością nic mu nie dolega, jak ocenił weterynarz. Pchły zostały zwalczone. Jest kastratem, a na jednej łapce ma bliznę, która prawdopodobnie już nie zniknie.
Jack jest bardzo wypłoszony. Boi się mężczyzn, ale nie próbuje atakować, po prostu się odsuwa. Obce psy mija z ciekawością, ale raczej obojętnie - w stosunku do większych zachowuje dystans, wobec mniejszych jest przyjazny. Do Jima podszedł początkowo niepewnie, w domu dwa razy na niego kłapał - kiedy zrobił to za drugim razem zupełnie bezpodstawnie, zwróciłam mu uwagę i od tego momentu nie próbuje kumpla straszyć. Co więcej, przestał się już go bać, merda ogonem na jego widok i bardzo ładnie razem żyją. A Jim... to niesamowite, jak bardzo pokojowo jest do nowego nastawiony. Nie ma w ogóle złych zamiarów, przybiega się przywitać, liże pysk - w pełni go zaakceptował, co naprawdę ułatwia sprawę zaadaptowania. Jack bardzo ładnie chodzi na smyczy, co niesamowicie mnie cieszy! Jestem prawie pewna, że to typ, któremu nie w głowie ucieczki, ale nie zna nas zbyt dobrze, jest dosyć strachliwy i nie wiadomo, jak zareaguje na różne sytuacje, dlatego póki co nie jest puszczany luzem. Próby chodzenia "prawie bez linki" dają jednak nadzieję, że będzie dobrze ;)


Nigdy nie miałam tak małego psa. Dopiero przy nim widać, że z Jimsa jest naprawdę kawał zwierza!

Mały jest przeuroczy i kochany. Ciągle się trochę nas obawia, ale pokazuje całym sobą, że wszystko, czego potrzebuje do szczęścia, to odrobina miłości. Uwielbia być głaskany i upomina się o to. Pozwala się dotykać i podnosić, nie protestuje podczas czesania. Wydaje mi się, że to typowy kanapowiec, ale oczywiście będę próbowała go czegoś nauczyć (choć to pies mamy). Póki co, musi nam bardziej zaufać ;)

Komentarze

Prześlij komentarz