piątek, 28 grudnia 2012

sobota, 22 grudnia 2012

Christmas is coming...



W sumie powinno być na odwrót - to Jimmy powinien mieć rogi, a Bona czapkę, ale J potrafi znieruchomieć i dużo łatwiej zrobić mu ostre zdjęcie. Postanowiłam, że w tym roku psiska dostaną w końcu coś specjalnego na święta. Prezentem dla Jimmy'ego będą dyski (na tę chwilę w sumie nie posiadamy takich, które nie wyglądają jak sitko), duży problem mam z Boną. Zabawki jej nie interesują, komplet rogzowy wciąż jest w doskonałym stanie... może dostanie coś smacznego. Jakieś pomysły? :)

Kochani, życzymy Wam, by nadchodzący 2013 rok obfitował w sukcesy i był dużo lepszy niż 2012!
B & A & J

sobota, 8 grudnia 2012

Podsumowanie

W jednym z wcześniejszych postów wspomniałam, że dzieciak skończył w październiku cztery lata, a ja mam zamiar napisać o tym wkrótce coś więcej. Napiszę więc dzisiaj. Będzie bardzo dużo zdjęć, bo trudno mi bez nich opisywać jego rozwój. Wyszukiwanie ich oraz obrabiane to około 5 godzin (jeśli nie więcej) wyjętych z życiorysu ;)

Na pierwszy ogień idą te dwa. Co tu dużo mówić - oczęta z fotografii po lewej powitały mnie w jednym z ogłoszeń, znajdujących się na borderowym forum. Podejrzewam, że jest to pierwsze zdjęcie mojego Jimma. Wygląda niewinnie, prawda? Też dałam się zwieść... ;) W dziale znajdowała się masa ogłoszeń, ale mnie zauroczyła właśnie ta mordka, to spojrzenie, ten kolorowy nos... przeznaczenie? W każdym razie, wybór padł właśnie na tę sierotkę, szukającą swojego człowieka. Natomiast fotografię po prawej wysłał nam pan właściciel. Można domyślić się, że są to rodzice J. Jeśli mnie pamięć nie myli, biała to mama, a czarny tata. O ile mamę mój potwór teraz przypomina, to do taty nie jest za bardzo podobny - może nieco z wyrazu pyska. Oba pieski wydają się być jednak dosyć małych rozmiarów w porównaniu do Jamesa, co rodzi pewne podejrzenia, ale nie jest to dla mnie istotne - jak wiadomo, kundelek to zawsze jedna wielka niewiadoma.

Sierotka przyjechała do mnie w niedzielę, 8 lutego 2009, około godziny 17 i tak zaczęła się nasza wspólna przygoda. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz wzięłam go na ręce, wydał z siebie charakterystyczny pomruk - myślałam wówczas, że jest niezadowolony, natomiast takie buczenie zostało mu do dziś. "Stęka" za każdym razem kiedy się kładzie, wyciąga, jest podnoszony, przesuwany etc. Lubi też od czasu do czasu głęboko i przeciągle westchnąć. W ogóle jest dosyć głośnym zwierzakiem, nieustannie piszczy, szczeka, jęczy. Trudno było przyzwyczaić się do tak "wokalnego" psa, mając jednocześnie Bonę, która praktycznie nie wydaje żadnych dźwięków, poza wyciem, występującym i tak bardzo rzadko.


Jedno z pierwszych zdjęć w nowym domu. Pożegnanie z poprzednim właścicielem było krótkie - maluch początkowo rozglądał się za nim, ale dosyć szybko zapomniał. Nie był zaniedbany, chociaż apetyt mu dopisywał i wsuwał dosłownie wszystko. Dopiero po paru dniach zaczął jeść spokojnie i przestał spoglądać na pożywienie z takim pożądaniem. Jeśli chodzi o stosunek Bony do szczyla, to początkowo różowo nie było - obdarzona dominującym charakterem sucz nie chciała za bardzo dzielić się względami z innym zwierzakiem. Długo przyzwyczajała się do obecności drugiego psa w domu (chociaż przez znaczną część jej życia posiadaliśmy Tońcia, jednak był to starszy psiak i był z nami już w momencie, w którym do nas trafiła). Mimo iż teraz nikogo nie wprawiają w zdumienie ich dzikie gonitwy po mieszkaniu, to myślę, że stosunek, jaki miała do niego przez pierwsze miesiące pobytu u nas, znacząco wpłynął na jimowe podejście do psów.


Są dwa epitety, którymi mogę opisać małego Jima. Pierwszym z nich jest poważny. Póki nie poznałam Jamesa, nie miałam pojęcia, że szczeniak może być tak opanowany i spokojny. Znałam psie maluchy, które dorwały chusteczkę i szalały z nią przez dobre pół godziny, dostawały głupawek o określonej godzinie, po prostu robiły rzeczy zabawne - mój natomiast prezentował zachowania, które w ogóle nie pasowały mi do jego wieku. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek rozśmieszył mnie czymś do łez. Czasami rozbawił mnie zachowaniami takimi jak polowanie na miotłę (zostało mu do dziś) czy łapanie linki, która ciągnęła się za Boną, ale poza tym nigdy nie zrobił czegoś, co było po prostu typowo "szczenięce". Drugim epitetem będzie po prostu idealny. Jak inaczej mogę nazwać psa, który do dnia dzisiejszego niczego w domu nie zniszczył, szybko pojął naukę załatwiania się na zewnątrz, w pomieszczeniach był spokojny, łagodnie i bez agresji odnosił się do naszych kotek, nigdy w życiu nie "postawił się" domownikom i nie wyrażał swojego niezadowolenia, np. kiedy zabierano smakołyk czy zganiano z łóżka, grzecznie i bez protestów zostawał w domu, a dodatkowo nie szukał żadnych rozrywek, kiedy nie poświęcano mu czasu? Często żartuję sobie, że teraz to sobie odbija. Ale wówczas był po prostu ideałem. Wiele z tych cech pozostało mu do dziś, czasami chyba za bardzo na niego narzekam... Problem stanowił jedynie jego stosunek do psów - panicznie się ich bał. Po czterech latach spędzonych razem i obserwacji jego reakcji na inne czworonogi podejrzewam, że to one przyczyniły się do jego braku ogona, bo ponoć w chwili narodzin ogon posiadał, a co się z nim stało - nie wiadomo...


Dzieciństwo upływało spokojnie, na wspólnych spacerach z Boniakiem, poznawaniu świata. Nie ukrywam, że miałam duże ambicje dotyczące Frisbee, a Jim, który od początku zainteresowany był zabawkami, dodatkowo je podsycał. Jednak nie mogę zarzucić sobie, żebym wówczas wymagała od niego zbyt dużo. Dosyć wcześnie zaczęliśmy bawić się gumowymi talerzykami, po prostu ganiał za rollerami, jak za każdą inną zabawką. Kiedy pierwszy plastikowy nie przypadł mu do gustu, dałam mu spokój uznając, że nie ma sensu robić tego na siłę. Nie była to łatwa decyzja, myślałam wówczas, że nigdy nie przekona się do zwykłych dysków i nigdy nie zajmiemy się frisbowaniem - głupie założenie, ale mając przez długie lata psa, który nigdy nie interesował się zabawkami i aportowaniem, byłam troszkę zawiedziona, że trafił mi się drugi taki egzemplarz. Jim jednak z wiekiem po prostu przekonał się do innego rodzaju dysków i teraz łapanie deklów to jego ulubiony rodzaj aktywności. Jak widać na powyższych zdjęciach, niewielką część toru agility miał okazję poznać jako mały szczylek. Pamiętam, że psy i otoczenie były dla niego ciekawsze, średnio go to bawiło. Nie szkodzi, mnie też ;) Te miesiące jego życia były jednak przede wszystkim czasem, w którym starałam się walczyć z naszym największym problemem - lękliwością.


Kiedy potrzebowaliśmy psiego towarzysza, który zmieniłby jimowe spojrzenie na psy (Bona bowiem wolała zajmowanie się na spacerach swoimi sprawami od zabawiania dzieciaka), z nieba spadł nam Łowca, wilczak, będący praktycznie w tym samym wieku, co biały. Początkowo niepewny i nieufny stosunek zmienił się potem w ogromną przyjaźń. Jim mógł bawić się z Łowcą do upadłego, chętnie się z nim ścigał, chętnie go podgryzał, chętnie pozwalał się podgryzać. Chłopcy super się dogadywali i nie dochodziło między nimi do spięć. Pomyślałam wówczas, że kryzys zażegnany, szczeniak zaczął na luzie podchodzić także do innych psów. Spotykaliśmy się potem z Keksem, którego miłość dużo starszy już James znosił dosyć pokornie, tylko czasami pokazując, że jamnik na zbyt dużo sobie pozwala, czy z dominantem Riko, któremu się całkowicie podporządkował.

Pierwsze poważniejsze kontakty z plastikowymi dyskami oraz z wodą (autorką drugiego zdjęcia jest A. Zmysłowska)

Chłopak powoli przekonywał się do plastikowych dysków (po paromiesięcznej przerwie wyciągnęłam je, by zobaczyć, czy faktycznie należy spisywać nasze frisbowanie na straty), chciał się nimi szarpać i zaczynał je przynosić. Rzucaliśmy bardzo rzadko rollerki, żeby z niczym nie przesadzić. Na zdjęciu po prawej uwiecznione zostały pierwsze próby pływania. Jim od zawsze uwielbiał wodę (jeszcze jedna zabawna sytuacja z życia mojego szczeniaka - ładowanie głowy do jeziora, puszczanie bąbelków i wyławianie wszystkiego, co znajdywało się na dnie), ale nigdy nie wchodził na tyle głęboko, by stracić grunt pod łapami. Pierwszy raz "zapomniał się", kiedy byliśmy w Rudzie Śląskiej i goldenka Kiara po prostu popłynęła przed siebie. James bezmyślnie ruszył za nią, ale po chwili zaczął specyficznie machać łapami i zawrócił w kierunku brzegu. Dłuuugo potem nie popełnił takiego "błędu" i pływać zaczął dopiero kiedy miał około roku.

Autorką pierwszego, drugiego, siódmego i dziewiątego zdjęcia jest A. Zmysłowska

Chyba najgorsze miesiące z życia mojego psa... Pierwszy sylwester (ogólnie drugi) wyłączył psa na dobre parę miesięcy, każdy głośny dźwięk wywoływał panikę, trudno było się z nim dogadać. Był strasznie roztrzepany, nerwowy, płochliwy. Na wszystko reagował zbyt gwałtownie, za bardzo interesował się otoczeniem - nadszedł tzw. okres buntu, kiedy pozostawał w konflikcie ze mną i światem. Zawsze był i pewnie będzie specyficznym psem, nawet teraz nie wszystko ma w główce poukładane, ale do dwóch lat (czy może nawet dłużej) żyło się z nim "nie zawsze przyjemnie". To raczej okres walki między nami, próby zrozumienia siebie nawzajem - mieliśmy odmienne spojrzenia na wiele spraw. Ja jednak miałam siłę, by pokazywać mojemu przerażonemu światem buntownikowi, że nie wszystkiego należy się bać, że może mi ufać, a środowiska nie jest w stanie kontrolować (J jest strasznie wrażliwy na wszelkie sprzeczki psie i ludzkie). W tym czasie całkowicie wkręciliśmy się w DogFrisbee, pies prezentował bardzo duże możliwości w tym kierunku, "od tak" zaczął ładnie skakać, przynosić, oddawać, pojął technikę wykonywania flipów, overów, nawet powoli zaczynaliśmy wykonywać vaulty. Mimo, iż wcześniej kontakty z psami były już w porządku, teraz zaczął trochę poszczekiwać na obce mu zwierzaki, a później po prostu się z nimi nie dogadywać i odnosić się do nich negatywnie, co do dnia dzisiejszego nie uległo zmianie. Wiem, że popełniłam gdzieś błąd i dlatego jest tak, a nie inaczej, ale czasu już nie cofnę i jedyne, co mogę zrobić, to pracować nad tym problemem i próbować go trochę odkręcić.

Autorką ósmego zdjęcia jest A.Zmysłowska

Jak jest teraz? Może według kogoś, kto nie ma z nim do czynienia przez niemal 24 godziny na dobę, Jimmy nie uległ żadnej metamorfozie. Ja jednak odnoszę wrażenie, że jest bardziej opanowany, mniej porywczy i przede wszystkim bardziej skupionym na mnie. Może tak naprawdę on sam nie zmienił się jakoś szczególnie, ale ja mam inne, mniej emocjonalne podejście? W każdym razie, teraz jest trochę lepiej niż było, chociaż na pewno nie bardzo dobrze. Życie stawia przed nami, jak przed każdym, nowe wyzwania, niosące kolejne doświadczenia, z którymi musimy sobie radzić. Jeszcze przed przybyciem do naszego domu Jima przeczytałam książkę Jona Katza pod tytułem "Dobry pies" i niesamowite, jak bardzo sytuacja autora i Orsona przypomina mi naszą własną. Kiedy sięgnęłam po nią po wspólnie spędzonych dwóch latach, płakałam, bo znalazłam zbyt wiele podobieństw. Jim nauczył (i wciąż przecież uczy) mnie bardzo wiele, jak zresztą bywa w przypadku pierwszego "własnego" psa i wiem, że gdyby nie on, moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Dzięki niemu jestem bogatsza o masę doświadczeń, zarówno przyjemnych, jak i tych nie do końca "sympatycznych", a jednak z każdego z nich płynie jakaś nauka na przyszłość. Mam nadzieję, że kiedyś uda nam się lepiej zgrać i będę mogła zapomnieć o problemach, z jakimi teraz się borykamy.

Gratuluję każdemu, kto dotrwał do końca!
B&A&J